Na zdj. starosta Mirosław Belina, wraz z zastępcą Tadeuszem Grotkowskim. (fot. Starostwo Powiatowe w Skierniewicach)
Podczas sesji Rady Powiatu Skierniewickiego (16.12) padły słowa, które szybko zaczęły żyć własnym życiem. W tle – planowana budowa kolejnego sklepu sieci Dino Polska oraz sugestia, że miasto Skierniewice miało utrudniać inwestorowi realizację przedsięwzięcia. Tyle że spór – o ile w ogóle można o nim mówić – był raczej efektem braku pełnej informacji niż realnego konfliktu między samorządami.
Podczas sesji Rady Powiatu Skierniewickiego starosta Mirosław Belina poinformował (16.12) radnych, że zarząd powiatu wyraził zgodę na czasowe wyłączenie obowiązującego ograniczenia tonażowego na drodze powiatowej. Decyzja związana jest z planowaną budową sklepu sieci Dino Polska w miejscowości Wysokiennice.
„To jest mniej więcej przy drodze krajowej, w rejonie przystanku Wysokienice-Podwór. Inwestor będzie miał wjazd z drogi krajowej, ale potrzebuje również poruszać się po naszej drodze powiatowej. Chodzi o niewielki odcinek, około 100–200 metrów” – wyjaśniał starosta podczas obrad.
Jak dodał, rozmowy z inwestorem dotyczą także budowy sklepu Dino w Godzianowie. „Inwestor posiada już pozwolenie na budowę. Prowadziliśmy rozmowy wyłącznie w sprawie organizacji ruchu na drogach powiatowych w trakcie realizacji inwestycji. Zawarliśmy porozumienie, na mocy którego na czas budowy pojazdy ciężkie będą mogły korzystać z naszych dróg” – poinformował Belina.
Zgoda zarządu powiatu obejmuje również użyczenie pasa drogowego pod budowę dwóch zjazdów, dojścia pieszego oraz przesunięcie utwardzenia wiaty przystankowej.
„Wiata zostanie przesunięta” – zaznaczył starosta. Jak wynika z przedstawionych informacji, wszystko wskazuje na to, że sklep w Godzianowie powstanie w przyszłym roku.
Starosta poinformował również, że Dino zabiega o możliwość realizacji kolejnej inwestycji przy drodze powiatowej prowadzącej ze Skierniewic do Głuchowa, w rejonie skrzyżowania z ulicą Feliksów-Zadębie.
Inwestor zwrócił się do nas z prośbą o umożliwienie dojazdu na plac budowy przez Dębową Górę i Ludwików, ponieważ – jak wskazywał – miasto nie wyraziło na to zgody. Przypominam, że Feliksów leży w granicach miasta Skierniewice. My również nie wyraziliśmy zgody na takie rozwiązanie” – poinformował radnych Belina.
W odpowiedzi przewodnicząca rady Teresa Jędraszek skomentowała krótko: „Bardzo dobrze”.
Te słowa wywołały reakcję części radnych i wzmocniły narrację o rzekomym „blokowaniu” inwestycji przez ratusz.
Ratusz zaskoczony. "Żadnej blokady nie było"
Z pytaniami zwróciliśmy się do zastępcy prezydenta Skierniewic, nadzorującego w mieście inwestycje – Dominika Dudka. Urzędnik podkreśla, obraz sytuacji przedstawiony podczas sesji powiatu nie oddaje faktycznego przebiegu rozmów z inwestorem.
– Pod koniec minionego roku Dino Polska zwróciło się do urzędu miasta z wnioskiem dotyczącym możliwości wykorzystania dróg pozostających w zarządzie miasta na czas budowy – potwierdza Dominik Dudek. – Co istotne, inwestor wprost zapytał o ewentualne opłaty związane z dodatkowym obciążeniem dróg przez pojazdy dowożące materiały budowlane.
Jak dodaje wiceprezydent, odpowiedź miasta była jednoznaczna.
– Przeanalizowałem dotychczasową praktykę. Wobec żadnych inwestorów miasto Skierniewice nie pobierało opłat za użytkowanie dróg w czasie realizacji inwestycji. Nie zamierzamy ograniczać możliwości poruszania się pojazdów inwestora także w tym przypadku – podkreśla urzędnik.
W ocenie przedstawicieli ratusza wypowiedź starosty była konsekwencją braku wiedzy o decyzjach podjętych przez urząd miasta i ustaleniach prowadzonych bezpośrednio z Dino Polską. Między stronami nie doszło do formalnej odmowy ani sporu administracyjnego.
Handlowy „desant” na wieś
Cała sytuacja wpisuje się w szerszy kontekst dynamicznej ekspansji Dino w regionie. Z informacji zebranych wśród samorządowców wynika, że sieć planuje w najbliższym czasie swoisty handlowy „desant” na tereny wiejskie i podmiejskie. Nowe sklepy mają powstać m.in. w Mokrej, Wysokiennicach oraz na terenie Skierniewic.
Dino, które od lat konsekwentnie rozwija się poza największymi aglomeracjami, coraz częściej staje się nie tylko elementem lokalnego krajobrazu handlowego, ale też punktem zapalnym debat o infrastrukturze, ruchu ciężarowym i roli samorządów w obsłudze dużych inwestycji. Tym razem jednak – jak pokazuje sprawa – więcej było nieporozumień niż realnych barier.
Wiele samorządów – w tym, jak wynika z deklaracji władz Skierniewic – świadomie nie pobiera żadnych opłat, nawet jeśli ruch ciężki przyspiesza degradację dróg. Dlaczego?
Powodów jest kilka – bo prawo nie daje prostego narzędzia; spory z inwestorami są kosztowne i długotrwałe, a inwestycje oznaczają podatki, miejsca pracy i rozwój lokalny.
Dlatego częściej spotyka się nieformalne uzgodnienia (np. deklarację naprawy drogi po zakończeniu budowy) niż formalne decyzje finansowe.
Co z tego wynika w kontekście Dino i Skierniewic?
Z prawnego punktu widzenia samo pytanie inwestora o ewentualne opłaty było racjonalne, ale odpowiedź miasta – że nie pobiera i nie zamierza pobierać opłat – mieści się w dominującej praktyce samorządowej i w granicach prawa.
W sporach o „opłaty” kluczowa jest – jak pokazuje orzecznictwo sądów administracyjnych – zasada legalizmu. Gmina czy powiat nie może tworzyć nowych danin (odpłatności) bez wyraźnej podstawy ustawowej. Ta myśl pojawia się w orzecznictwie szeroko (nie tylko w drogach), ale jest bardzo użyteczna jako rama interpretacyjna – jeśli samorząd chciałby pobierać pieniądze „za samo jeżdżenie ciężarówkami po drogach publicznych”, to musi wskazać konkretny przepis, który na to pozwala – a takich przepisów co do zasady nie ma.
W praktyce opłaty dotyczą wyjątków tj. zajęcie pasa drogowego, nienormatywność, itp.
Czasem samorządy próbują zabezpieczać interes publiczny umowami (np. inwestor ma naprawić drogę po budowie). To zwykle nie jest opłata administracyjna za korzystanie z drogi, tylko mechanizm cywilny, odszkodowawczy.
W jednym z takich sporów sąd cywilny (nie administracyjny) odnotował, że traktowanie tego typu rozwiązań jako „opłat administracyjnych” byłoby problematyczne – podkreślono rozróżnienie między publicznoprawną opłatą za nienormatywność a cywilnym zabezpieczeniem szkód.
Przewodnicząca rady powiatu Teresa Jędraszek podczas sesji z kolei wróciła do pytania, które w podobnych dyskusjach pada coraz częściej: na ile „polski” jest sklep, w którym robi się codzienne zakupy.
„Dino nie zawsze jest polskie, a produkty rolne, które tam kupujemy, nie zawsze pochodzą od polskich producentów” – mówiła, wskazując na przykład wieprzowiny: jej zdaniem bywa sprowadzana, choć potem sprzedawana jako „polski wyrób”. Ten skrót myślowy – bardzo nośny politycznie – dotyka jednak problemu bardziej złożonego niż proste „polskie/niepolskie”.
Bo Dino Polska jest spółką polską
Firma jest zarejestrowana w Polsce, notowaną na warszawskiej giełdzie, a kontrolny pakiet akcji ma jej założyciel Tomasz Biernacki. Równocześnie jednak „polskość” asortymentu nie jest prostą funkcją narodowości firmy. Import surowców – także w branży mięsnej – jest legalny i powszechny w całym handlu, a to, co decyduje o uczciwości wobec klienta, to przede wszystkim oznakowanie: czy produkt jest opisany tak, by konsument rozumiał, skąd pochodzi surowiec i gdzie nastąpiło przetworzenie. W przypadku znaku „Produkt polski” kryteria są dodatkowo zdefiniowane w przepisach i mają charakter dobrowolny – nie każdy „polski wyrób” będzie spełniał wymogi tego oznaczenia.
Dlatego wątek poruszony na sesji powiatu da się opisać bez publicystycznej miny: sieć może być polska właścicielsko, a jednocześnie część towarów – albo surowców użytych do ich wytworzenia – może pochodzić z importu. Kluczowe pytanie nie brzmi wtedy „czy to polskie”, tylko „czy klient dostał jasną informację”, zwłaszcza w kategoriach, gdzie prawo unijne przewiduje szczegółowe zasady wskazywania pochodzenia (np. dla określonych rodzajów mięsa).
Tam, gdzie inni wchodzą ostrożniej
Kluczowym elementem tej strategii jest gęsta sieć niewielkich, standaryzowanych sklepów, budowanych według powtarzalnego schematu i obsługiwanych przez własne centra dystrybucyjne. Dzięki temu spółka kontroluje logistykę, skraca łańcuch dostaw i uniezależnia się od zewnętrznych operatorów. To model kosztowo efektywny, ale jednocześnie wymagający intensywnej obecności infrastrukturalnej (dróg, zjazdów), co coraz częściej prowadzi do napięć z lokalnymi samorządami.
Z drugiej strony – w wielu gminach Dino staje się jednym z największych prywatnych inwestorów, co zmienia układ sił w rozmowach między biznesem a samorządem.
„Domykanie mapy”
Powiat skierniewicki idealnie wpisuje się w model Dino: rozproszona zabudowa, brak silnej konkurencji wielkopowierzchniowej poza miastem, dobra dostępność komunikacyjna (drogi krajowe i powiatowe) oraz stosunkowo szybkie procedury planistyczne w gminach wiejskich. Dla sieci oznacza to możliwość „domykania mapy” wokół Skierniewic i przejmowania klientów, którzy dotąd robili zakupy albo w mieście, albo w mniejszych, lokalnych sklepach.
Z perspektywy samorządów powiatowych i gminnych ekspansja Dino oznacza konieczność ciągłych negocjacji infrastrukturalnych. Każda nowa inwestycja to ciężki transport, czasowe wyłączenia ograniczeń tonażowych, ingerencja w pas drogowy i pytanie o to, kto poniesie koszty zużycia dróg. Powiat odpowiada za infrastrukturę, na której opiera się prywatna ekspansja handlowa.
Kiedy miasto może pobrać opłatę, a kiedy nie
Zgodnie z obowiązującym prawem samorząd nie może pobierać opłat za samo korzystanie z dróg publicznych, także wtedy, gdy odbywa się ono intensywnie w związku z prowadzoną inwestycją. Drogi gminne i powiatowe pozostają ogólnodostępne, a ich użytkowanie jest co do zasady nieodpłatne.
Opłaty pojawiają się dopiero w ściśle określonych przypadkach przewidzianych w ustawie, m.in. wtedy, gdy inwestor zajmuje pas drogowy – na przykład stawia ogrodzenie, zaplecze budowy albo czasowo ingeruje w chodnik czy jezdnię. W takim wypadku wymagane jest zezwolenie zarządcy drogi i naliczana jest opłata administracyjna.
Innym wyjątkiem są przejazdy pojazdów nienormatywnych, przekraczających dopuszczalne parametry masy lub nacisku osi – tu również konieczne jest zezwolenie, a jego brak może skutkować karą.
Samorząd nie ma natomiast podstaw prawnych, by wprowadzać dodatkowe opłaty tylko dlatego, że ciężkie pojazdy dowożą materiały na budowę.
W praktyce zdarzają się porozumienia, w których inwestor zobowiązuje się np. do naprawy drogi po zakończeniu robót, ale nie są to daniny publiczne, lecz ustalenia o charakterze cywilnym.
Granica między tym, co dopuszczalne, a tym, co wykracza poza kompetencje gminy, jest w orzecznictwie sądów administracyjnych dość jednoznaczna: opłata musi wynikać wprost z ustawy.
Jak oceniasz ten artykuł?
Głosów: 1





0Komentarze
Portal eglos.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisu. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.